Z truskawek najlepsze są bita śmietana i koszyk:
6/07/2008
5/28/2008
Did you ever?
Skoro odkryłam darmowego hosta, który umożliwia zamieszczanie na blogu plików audio, to tym trzem w porywach do czterech czytelnikom bloga z przyjemnością zadidżejuję urokliwe nudziarstwo ansamblu o nazwie Homespun. Ansambl składa się z Dave'a Rotheraya (z Beautiful South), który pisze ładne piosenki, z pani Sam Brown (ta od Stop!), która je ładnie śpiewa oraz z zespołu, który je ładnie gra. Wydali już trzecią płytę i znani są chyba tylko w brytyjskich klubach dla nudziarzy - nawet na oślisku ich nie ma. Na swojej stronie (gdzie parę miesięcy temu można było ściągnąć zaprezentowane tu nudziarstwo) prowadzą sklepik, w którym płyty są o połowę tańsze niż na amazonie. Kiedy skontaktowałam się i spytałam o cenę shippingu do Polandy, jako pierwsza fanka z tego kraju (a nie zdziwiłabym się, gdyby i pierwsza spoza granic ukeja) otrzymałam zniżkę, płacąc za wysyłkę tyle, co gdybym mieszkała w Yorkshire (oj, chciałabym).
Przy okazji polecam majspejsa Sam Brown, która również wydała nową płytę - utwór na klarnet Do it right by her jest absolutnie genialny.Żeby nie było - kot też w klimacie, tylko deszcz nie pada na zielone Yorkshire.
Just like a woman
Przy okazji ładny (mimo koziego sopranu) kawałek do posłuchania:
Co ma wspólnego Mzimu z piosenką Śpiewającego Inaczej? Ano piosenkę lubię, to skorzystałam z okazji, a okazja taka, że Mzimu ewidentnie należy do płci pięknej, czego dowiodła w sobotę, a w zasadzie w niedzielę nad ranem.
Cały dzień spędziliśmy w Aniołówce, następnie z Krąpiami przenieśliśmy się do nas - Mzimu zadowolone było wielce ze stanu nadliczbowego, bo się działo. Tak się działo, że spać nie chciała i kiedy, po wygraniu przez Krąpia w Munchkina, nadszedł czas na planszówki z pierdyliardem małych części, Mzimu zostało zamknięte w kuchni. Kiedy właśnie przegrywaliśmy z Krąpiem w Puerto Rico, uchem kociej matki dosłyszałam piśnięcie, więc natychmiast uwolniłam kociątko, które grzecznie poszło spać. Niestety szybko się obudziło i kiedy przegrywaliśmy z Krapiem w Carcassonne'a, znowu musiało rezydować w kuchni (ale z kocim kabanosem).
Przegrywanie z Krapiem zajęło sporo czasu i kolejne spotkanie pierwszego stopnia z poduszką odbywało się w okolicach świtu. Wydawało mi się, że w Carcassonne'a graliśmy góra godzinę (efektywnie pewnie tak, druga to moje namysły i medytacje) i kiedy mój dobowy zegar biologiczny załapał, że już jest jutro, padłam. Za to wyspane Mzimu ożyło i jęło brykać. Dzielny PanKota, podbudowany tym, że choć raz ze mną wygrał, zajął Kotę zabawą. Po 10 minutach uznali, że może starczy i jak się położył, tak zasnął. Ja niestety zawsze muszę odleżeć minimum 20 minut zanim zasnę, więc usłyszałam brzęk czegoś na toaletce i wielokrotne "ruuuuu, młłłu?". No dobła, wstałam, sprawdziłam i stanowczo ogłosiłam, że bawić się nie będę i zaraz cię cholero w kuchni zamknę. Wzięłam na ręce futro z lodowatymi łapkami, żeby podkreślić wagę słów, a... futro się wtuliło i zaczęło mruczeć. Zaniesione na łóżko wcale nie zaczęło po nim kokosić, tylko dalej się wtulało, aż w końcu wlazło pod kołdrę i zamruczało mnie do snu.
Dziwne bardzo, Śmigot jak chciał brykać, to brykał, a jak chciał się przytulać, to się przytulał. Mzimu jak chce się przytulać, to bryka. I tak, zgadliście, nagroda do odebrania na miejscu - jak chce brykać, to się przytula. Najwyraźniej "weź tu się domyśl człowieku o co tej babie chodzi" to cecha ponadgatunkowa.
Jedno przynajmniej łączy nasze czarnuchy - nie dostając tego, czego chcą, osiągają stan, który naiwny laik mógłby nazwać rozbrykaniem, ale jest to wielce groźne dla otoczenia tornado imieniem Home of massive wkurwę kota. Mzimu zaraz go osiągnie, więc posłusznie idę na dywan szurać łańcuchem i rzucać czymś, co się toczy...


5/20/2008
5/12/2008
Nikto ne je doma
Mzimu zostało po raz pierwszy samo w domu na noc. Wyjechaliśmy pozamykawszy, pozakręcawszy i pousuwawszy wszystko, czym mogłaby sobie zrobić krzywdę. Porozstawiałam kilka misek z wodą (Mimu pije wodę ze zlewu, z kubka, z brodzika, z miseczki przebiegle ustawionej na kuchence w patelni - zewsząd, byleby nie musieć jej pić z z miseczki w kociej jadłodajni). Oczywiście panikowałam.
Śmigol witał nas pretensjami, którym dawał głośny wyraz. Trochę irytowało, że kot nie okazuje radości, tylko robi za odpowiednik żony z wałkiem czekającej na męża moczymordę. Ale też i poniekąd było to uczciwe - wzięli kota? no to niech siedzą i czekają, kiedy zgłodnieje albo zechce wleźć na kolana. Śmigol nieco jednak przesadzał, bo udawał sklerotyka i po moim powrocie z dwudziestominutowego wypadu po rzodkiewki, kefir i gazetę awanturował się, że umiera z głodu i w ogóle nikt go nie kocha. Nieobecność podczas nocy kwitował zwykle pawiem na łóżku - kiedy zdiagnozowano u niego FIV, w ogóle przestaliśmy wyjeżdżać.
Mimu cieszy się na nasz widok, wskakuje na plecy, kiedy rozwiązujemy buty lub wspina się po nodze i mruczy wzięta na ręce - nie da się jednak ukryć, że również nie lubi być sama i również traktuje nas jako niewolników, tyle że służących księżniczce nie w kociej restauracji, a na kocim placu zabaw. Stąd między innymi pomysł wzięcia drugiego sierściucha.
Mimu cieszy się na nasz widok, wskakuje na plecy, kiedy rozwiązujemy buty lub wspina się po nodze i mruczy wzięta na ręce - nie da się jednak ukryć, że również nie lubi być sama i również traktuje nas jako niewolników, tyle że służących księżniczce nie w kociej restauracji, a na kocim placu zabaw. Stąd między innymi pomysł wzięcia drugiego sierściucha.
Po ponad dobowej nieobecności przywitało nas głośne piśnięcie, zwyczajowe mizianie się, obwąchiwanie toreb oraz aktywny udział w ich rozpakowywaniu. Pobawiliśmy się trochę z naszym słodkim kociaczkiem, który niczego nie zrzucił i niczego nie podrapał. Po czym smarkula przypomniała sobie, że należy nas ukarać (bo chyba nie był to objaw radości) i zaczęła szaleć - cwałowała z lekkością bizona po całym mieszkaniu, usiłowała przewrócić lampę i gitarę, zwaliła doniczkę i podgryzała nam stopy. Złapałam ją do łazienki, gdzie nie mając jak się rozpędzić ani czego zrzucić, uwaliła się na pralce i zasnęła.
A dziś nie odstępuje mnie nawet na krok. Zwykle, kiedy siadam do komputera po próbach podciągnięcia lewej kostki do prawego ucha (pod matę się wchodzi i ją roluje), po prysznicu (do brodzika się wchodzi i potem zostawia mokre odciski na koszulce) oraz po śniadaniu (biały ser w miseczce nie smakuje tak jak z talerza), Mimbla zwija się w kłębek i śpi do powrotu PanaKota, w czym nie przeszkadza jej mój wypad po pomidory i makaron, głośno wirująca pralka czy inne atrakcje domowe oraz zaoknowe (miejskie przedsiębiorstwo warczenia kosiarką ścięło wszystkie mlecze z trawnika, buu). Dziś nie mogę iść nawet do toalety bez eskorty.
Trzeba będzie coś wykombinować na te wyjazdy...
5/06/2008
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















