8/29/2008

paranormalnie

Dziwna rzecz mi się dziś przytrafiła. A właściwie to nawet dwie, bo śnił mi się pan od historii z podstawówki, który był w sklepie obuwniczym - dość nietypowym, bowiem dwa hoże lachony zakładały mu nie tylko buty, ale i skarpetki, po uprzednim masażu stóp. Tak radośnie chichotali, że się obudziłam.
Kota nie rezydowała na łóżku, tylko w kuchni - rzadko, ale się zdarza. Dalej było typowo: układanie się do snu podczas krótkich odwiedzin toalety (kiedy siedzę na kanapie, nigdy nie przychodzi na kolana), foch po opuszczeniu porcelanowego fotela, łaskawe przebaczenie w zamian za chrupki i brykanie po mieszkaniu podczas moich ablucji.
Wycierałam właśnie umytą paszczę, kiedy kota wybiegła z kuchni i z przedpokoju obserwowała coś, co musiało przemieścić się z kuchni do sypialni.
- Oho, polowanie na owada, trzeba wsadzić na nos okulary i sprawdzić, czy to nie osa. - Gdy jednak poprawiłam stan dioptrii, okazało się, że kota nie poluje, a wręcz zachowuje się, jakby na nią polowano. Wpatrywała się w sypialnię z nieco podkulonym ogonem i... cofała. Dotarła aż na spłuczkę.
- Ki diabeł? Wielki szerszeń? Nic nie słyszę.
Weszłam do pokoju, ale nic w nim nie było. Mimi ostrożnie przyszła do mnie, nie spuszczając z oka łóżka. Stanęła w bezpiecznej odległości, za mną i wpatrywała się w mebel, od czasu do czasu stając słupka (wersja "surykatka").
Poprawiłam pościel i koc, wzięłam kotę na ręce. Żadnego drżenia, najeżonego futra - tylko skupienie i ogon lekko pod siebie. Postawiłam na łóżku. Nie zwiała, ale ostrożnie zeszła na przystawiony do łożka drapak z półką. Tyłem.
Może właśnie rozdzielały się nogawki Spodni Czasu, co jak czytelnikom Pratchetta wiadomo, tworzy światy równoległe. Może w tym świecie planuję kanapkę z pasztetem i ogórkiem, a w tamtym zawalił się sufit i Mimi widzi mojego ducha wygrzebującego się spod gruzu?
Zrobiłam kanapki z pasztetem, co oderwało Mimi od obserwowania łóżka. Szybko jednak wróciła, stając na tylnych łapkach i wystawiając łepek z nad krawędzi łożka, co mimo pewnego niepokoju uwieczniłam. Łóżko jest puste, ale może aparat cyfrowy nie jest tak czuły jak klisza i ducha nie zarejestrował
W końcu Mimi przyszła za mną do drugiego pokoju, domagając się w swój standardowy sposób rozrywki, ale nie była w stanie skupić się na zabawie - ciągle zerkała przez drzwi łączące pokoje na łóżko.
Deszczowa pogoda ją w końcu zmęczyła. Zadekowała się w szafie. A ja sobie myślę, że nie mogła to być wielka tarantula, bo Mimi przecież by się jej nie bała.
To na pewno chichoczący historyk ze snu.

7/29/2008

Sesja na oparciu kanapy
































































Hi, I'm high

Kot w tunelu

Nie, nie zabraliśmy Czarnej do wesołego miasteczka. Ani nie czekaliśmy na światełko ekspresu do Koluszek. Rzucaliśmy myszę z jednej strony, a kota rzucała się z drugiej.

PanKota napracował się przyszywając obręcze wycięte z baniaka na wodę do nogawki starych spodni. Ortalionowy rękaw z drucianymi obręczami kosztuje dużo za dużo, stąd Adam Słodowy.

Koszt: dwie godziny i pokłute palce. Zadowolenie kota: bezcenne.

Kuchcik naramienny

Kawy nie lubię, ale może znajdzie się jakaś kiełbasa...

Poranne ćwiczenia

są trudne, kiedy ktoś uważa, że mata służy jako kryjówka.

7/22/2008

kambek

Pracowało się, potem wakacjowało, a jak się wróciło (to cóż, że ze Szwecji) to wyrabiało się jeszcze więcej klawiaturogodzin. W tym tygodniu usiłuję sobie przypomnieć, co można robić, jak się nie siedzi przy komputerze, co czynię oczywiście głównie przy tymże. Mimbla mi przed chwilą za chałat swetrowy wlazła, czego nie robiła od czasu, kiedy upodobała sobie hamak kaloryferowy, a potem deskę do prasowania. Trudno o wyraźniejszy sygnał, aktualizuję bloga.
Mzimu zostało same na całe 10 dni. Tuczyła ją sz.pani teściowa, a zabawiał Ten, co nienawidzi kotów, ale Mimi tylko nie lubi, bowiem jest chyba jedyną osobą, której Mim pakuje się na ręce.
Wtargałam toboły na górę - PanKota oczywiście musiał zajrzeć na chwilkę do pracy (w niedzielę, prosto z długiej podróży!). Rzuciłam graty i wołam szukam kota. W kuchni z wiszącej szafki zlazło coś wielkiego. Krajst, gdzie moja dzidzia?
Długie łapy, pyzaty brzuch, dorosły pysk. Hm...
?!
Mimbli ustalenie mojej tożsamości zajęło nieco więcej czasu. Kiedy ją porwałam na ręce i gadałam obcałowując, patrzyła zdziwiona i zaspana. Postawiona po kilku minutach na podłogę, obeszła mnie kilka razy, popatrzyła, po czym pisnęła, skoczyła na mnie i zaczęła mruczeć.
I jest jak było.